Ukraina 20011 zakarpacie
OKi – KTM 990 Adventure 2008r.
Maras – Yamaha XTZ 750 Super Tenere 1992r.
Sam pomysł wyjazdu pojawił się totalnie niespodziewanie. Pewnego wieczoru rozmawialiśmy na gg i poszła wymiana linków o Zakarpaciu. Po chwili któryś z nas rzucił tekst “to co? Jedziemy?”. No i sie zaczęły gorączkowe przygotowania, bo wyjazd został wyznaczony na 13.08.2011 czyli do wyjazdu mamy 3 tygodnie:) przed nami zakup sprzętu biwakowego opon i przygotowanie motocykli. Udaje nam sie wszystko ogarnąć i 13 sierpnia prawie planowo bo tylko z 5 godzinnym opóźnieniem o 12 w południe wyruszamy:) Gnamy z zawrotną prędkością pokonując przez 9 godzin całe 400km jakieś 80% w mega ulewie:)
Pierwszy nocleg jest gdzieś w lesie pod plandeka rozciągnięta między motorami, czyli jak to powiedział nam pewien góral “niezłą harcerkę uprawiata”
Rano pobudka zwijka i jedziemy dalej, widoczki coraz fajniejsze , wybieramy jak najbardziej pokręcone drogi co skutkuje coraz to ciekawszymi terenami. W okolicach Krępna mamy przystanek nad Wisłoką w której się schładzamy:) 
Dalej juz przez Słowację na Ukrainę. Na granicy Słowacko - Ukraińskiej mamy pierwsze spotkanie z ukraińskim “prawem” czyli kara 100 dolarów bez pokwitowania za nie zatrzymanie sie na znaku STOP. Po błądzeniu po ukraińskich offroadowych asfaltach docieramy do pensjonatu Krokus u Vadika, gdzie podczas wieczornej biesiady snujemy plan na następny dzień czyli o 7 rano ruszamy w stronę połoniny borżawej.
Prawie o czasie bo około 15 wyruszamy z Wiszki w stronę Wołowca, kamienną trasą przez góry.
W okolicy miejscowości Niżne Worota zatrzymuje nas policja po pościgu za nami. Tak naprawdę nic nie zrobiliśmy, ale tu żyje się z turystów. Lżejsi o 200$ i 500hrywien ruszamy dalej by poszukać wjazdu na połoninę. Krążymy w okolicy Wołowca szukając drogi prowadzącej na połoninę
. Pierwsza droga okazuje się dla nas za stroma i po glebie Marka
ustalamy wynik spotkania z Borżawą na 1:0 dla połoniny. Po odnalezieniu innego podjazdu próbujemy znów. Tym razem OKi topi KaTa w błotnistej kałuży 2:0 dla połoniny. Z pomocą przychodzi Maras Tenerą z liną. Gdy udaje sie nam wydostać z błotnej pułapki zaczyna się robić szaro wiec postanawiamy sie rozbić z obozowiskiem. Zmęczenie uczy nas nowego sposobu parkowania motocykli :P
Robimy ocenę strat po błotnej kąpieli kufra z żywnością i ku naszemu zadowoleniu jest w nim suchutko.
Poranny widok jest oszałamiający
Dzień zaczynamy na pełnym luzie bez pospiechu ciesząc sie piękną pogodą i widokami .

Pogoda pokazuje nam jednak kto rządzi w górach i w przeciągu kilkunastu minut nadciągają ciemne chmury a wraz z nimi ulewa przed którą chowamy się pod plandeką . Po ustaniu deszczu uzupełniamy zapas wody o deszczówkę. Niemiła niespodzianka a konkretnie pada w Tenerze aku i od tej chwili palimy ją na pych co utrudnia i tak niełatwe warunki. Próbujemy jeszcze jedną drogę na szczyt ale jest ona strasznie stroma , a po opadach pokryta błotem wiec przyznajemy się do porażki na 3:0 i wracamy do Vadika wysuszyć ciuchy i przygotować sie do starcia z połoniną Równą.

Po dwóch nocach spędzonych w pensjonacie robimy pamiątkową fotkę z właścicielami i ruszamy w drogę;) Po wycisku jaki dała nam połonina Borżawa na połoniną Równą wjeżdżamy po betonce. ocieramy na górę gdzie są ruiny rosyjskiej bazy rakietowej . Zaczyna się zabawa w ujeżdżanie połoniny najwyższy punkt na który wjechaliśmy wskazanie GPS 1503m n.p.m.
Na połonince jest beczka mieszkalna którą postanawiamy znaleźć, co nam się udaje;)
Jeździmy dalej w poszukiwaniu wodospadu docieramy jednak do lasu przez który nie ma przejazdu wiec odpuszczamy ale miejscówka fajna:)
Postanawiamy się powłóczyć i znaleźć jakieś miejsce na obozowisko, ale po tym jak Maras poległ na jednym z podjazdów postanawiamy rozbić się przy strumieniu.
Wysokość ponad 1200m n.p.m. temperatura wody w strumieniu zbliżona do zera ;p wrażenia z kąpieli w strumieniu bezcenne:) Na miejscu odnajduje nas tambylczy pies który towarzyszy nam aż do wyjazdu. Noc na tej wysokości jest zimna śpimy w kominiarkach dresach i polarach :P

Poranek wita nas piękną pogodą. Koło południa ruszamy jednak dalej. Zaciąganie Tenery kończy się synchroniczną glebą ;p
Udaje się nam pokonać podjazd na którym wczoraj poległ Maras, ale zmęczenie daje nam się we znaki i postanawiamy zjechać z Równej, ale nie idąc na łatwiznę. Wybraliśmy drogę jak nam się wydawało w kierunku Liuty. Oczywiście widoki piękne. Droga jednak okazuje się strasznie stroma , same koleiny i kamloty - masakra.
Towarzyszy nam myśl by była to dobra droga bo wrócić nie damy rady. Zjazd łagodnieje pojawiają się banany na papie, które po chwili zdejmuje nam błotnisty widok . Dalsza część drogi już nie jest taka stroma ale wiedzie przez mega błoto. Psikusa wywija nam Teresa i gaśnie przy glebie zapychanie jej kończy się mega kraksą i pogięciem stelaży:)
.
Docieramy do polany na której wypasają się konie i gdzie utyka KaT . Po kolejnej glebie Marasa przy pokonywaniu strumienia odpuszczamy i postanawiamy rozbić obozowisko na „końskiej” polance. 
Myjemy moty w strumieniu rozbijamy obozowisko robimy ognicho i padamy ze zmęczenia. Kolejny dzień budzi nas pogoda jak co dzień czyli bajka:) 
To już ostatni dzień wyjazdu. Fajną drogą docieramy do normalnych już cywilizowanych dróg, którymi wracamy do kraju. Jeszcze na pożegnanie na granicy ukraińska celniczka zaskakuje nas stwierdzeniem że jesteśmy niedobre turysty bo na kawę nie daliśmy w paszporty i do czasu przekazania 5 dolarów nie chce oddać nam dokumentów.
Przygoda super i jeszcze wrócimy na zakarpackie, ale po zmianie sprzętów na lżejsze:) Niecałe 300kg żelastwa w błocku to nie najlepsze rozwiązanie:)
Filmik z wyprawy:


















